restart

Spotify + VPN + Vinted + Grind + Fortnite =
wątek plażowy

Spotify VPN Vinted Grindr Fortnite
Nasa różowy
Piękny słoneczny dzień, jak jeden w wielu, które Nasa przesiedziała na kanapie w domu grając na jakimś niewielkim urządzonku. Tamagotchi, tak nazywała go nastolatka, gdy rudowłosy opiekun wypytywał, co robiła całymi dniami. Można było powiedzieć, że po kilku trudnych dniach związanych z akceptacją nowych warunków życia uszasta uspokoiła się ze swoim młodzieńczym buntem i młodocianą głupotą. Karmienie Marduka było niezwykle odpowiedzialnym czynem. No... może nie robiła tego tak dokładnie, jak się Marcus tego spodziewał. Tego konkretnego dnia na pytanie, co robiła cały dzień, lekko ospała odparła... Opiekowałam się Maddrukiem na Tamagotchi. Nakarmiłam go, położyłam spać i dałam mu pić. To już 3 dzień jak żyje. Brzmiało idealnie, do momentu wspomnienia ostatnich sześciu słów. Utopijny obraz nowo budującej się rodziny rozprysł się na milion kawałków. To, dlaczego jedzenie Marduka nie znikało z półek, zostało szybko skonsultowane ze smoczą zwierzyną, która potwierdziła, że Nasa bawi się w wirtualną grę, w której, aby nakarmić piksele, musi przez pół dnia klikać guziki. Pozostawało jedno pytanie. Czemu ta sprawa nie wyszła na jaw w pierwszej kolejności? To padło przy obecności obojga winnych, a prawdą Marduk ostatecznie dobił rudowłosego, kablując, że uszasta jadła cały dzień pieczone na skwarek ziemniaki z solą, zamiast obiadu, który zrobił im Marcus. Obiadem nastolatki ze smakiem tym zajadał młody smok. Mardukowi i Nasie trzeba było odświeżyć zwoje mózgowe i przypomnieć, że w tym świecie siedzenie zamkniętemu w domu to odcinanie się od życia, a pikselowe zwierzątko nie zastąpi nastolatce znajomych. Zmuszona do ubrania się w strój kąpielowy i tak zabrała ze sobą narzutę, by przypadkiem słońce nie świeciło jej za mocno w ekran. Miała naturalną awersję do słońca, ale idąc w stronę plaży, pilnowana przez swojego rudego opiekuna zachowywała się w miarę normalnie. W miarę, bo w pewnym momencie nieźle ją odkleiło. W jej języku stwierdziłaby, że ma... delulu? Ewentualnie "z łapała vibe". Bez szczególnych umiejętności głosowych, z lekka zaspana zaczęła sobie nucić jakąś kompletnie bezsensowną muzykę, której mężczyzna musiał wysłuchać, pomimo że znajdowali się na plaży. Zaczekać, aż ta skończy i zwróci na niego uwagę. Krzyczenie nie pomagało. " Mam giga zjazd po cuksie, aura rekt, hajs na eksie. Może czas se walnąć reset, dać se luz… Nie jestem sama, ale, wylogować czemó nie Nic co piszę, nie ma sensu, tak brainrot rodzi się. Jestem npc w tej konsoli. Kocham wszystko, byle pykło Brat wokół robią glow, Ja się topię w tym, jak L so. Każdy ruch to niby miss, Tak brainrot rodzi się Leżę w łóżku, mam ragequit, Tutu tu tu tutu tu … Chcę po prostu czuć się…jak giga W.,, Po chwili jednak z muzyki pozostało już energiczne nucenie. Ewidentnie nakręciła się na piosenkę, którą śpiewała. Była dziwna, to było pewne, była też niezbyt przyjemna do słuchania, ale Marcus musiał wytłumaczyć dziewczynie, dlaczego tu jest, więc wysłuchał całej, ale gdy tylko skończyła, to wydał rozkaz pozostania na plaży, aż nie wróci, zabierając jej z rąk konsole, aby przewietrzyła mózg. Z tego powodu znudzona brakiem bodźców nastolatka zaczęła smętnie pałętać się po plaży, obdarzając każdą napotkaną osobę wzrokiem, który krzyczał „Proszę, daj mi atencję, bo się nudzę.” ~ Nasa
~ Nasa
Shath baby blue
Shath nie należał do osób ostrożnych, z tego powodu wielokrotnie wpakował się już w problemy, które ostatecznie zmusiły go do tymczasowego opuszczenia Yunhai Yishan. Kierując się na Atolię, liczył na trochę luzu względem pogoni, która próbowała doścignąć tajemniczego, uszatego skurwiela. Zrobiłby to nawet wcześniej, lecz będąc pozbawionym magii, ciężko było w zasadzie cokolwiek zdziałać w nowym świecie, więc czekanie na cud było chyba jedynym ostrożnym wyborem z jego strony. Trochę czasu minęło, od kiedy udało mu się odzyskać panowanie nad mocą. Chociaż w zasadzie była to kwestia sporna, gdyż dla człowieka, w którego życiu co chwilę coś się działo, nawet minuta bez atrakcji może dłużyć się w nieskończoność. Na szczęście, czy też nieszczęście, w zależności od osoby pytanej, chwile bez wrażeń prędko się kończyły dzięki… “JAAAAZDA! RAZ, DWA, RAZ, DWA! CO SIĘ TAK OCIĄGASZ SZEREGOWY?!” Ciężko było zaznać spokoju w momencie, gdy nad głową darł się niespełniony generał, według którego trening siłowy to była podstawa dobrego funkcjonowania, a przede wszystkim pełnienia posługi ojczyźnie, nie żeby Shath jakąkolwiek miał. “Dajże spokój…” Wyrzekł między oddechami biedny niebieskowłosy, który nie dość, że biegł już którąś godzinę z rzędu przez piach, obciążany był dodatkowo przez małpę, która nie zamierzała się najwyraźniej długo opierdzielać na jego ramionach. Kiedy tylko coś wpadło w oko kapucynki, ta zwiała tak prędko, jak znikała moneta na cygańskiej uliczce. “Litości… Fineasz! Stój!” To, co zwróciło uwagę zwierzaczka, to pewna uzależniona od elektroniki, która w tej chwili zdecydowanie się nudziła. Ewentualnie smok jej towarzyszący, chociaż ten obecnie próbował ukazać swoją niezłomną wolę zdobywcy wymiarów poprzez… wejście do wody, co mu się nie udawało, bo na sam dotyk morskich fal cofał łapę. To, co zmartwiło właściciela małpy to fakt, że ta pozornie również zbliżała się do brzegu, czego w żadnym wypadku nie powinna robić. Na szczęście Fineasz nie był tak głupi, jak jego właściciel… myślał. Zamiast zainteresować się orzeźwieniem w morskiej toni, skierował się do ewidentnie znudzonej dziewczynki tylko po to, by w ostatniej chwili zostać wziętym z zaskoczenia przez Shatha, który uniósł go na poziom swoich ramion. “I co ja ci mówiłem jełopie o oddalaniu się ode mnie przy wodzie, co? Jeszcze by brakowało, żebyś się utopił…” Dopiero po reprymendzie udzielonej zwierzakowi niczym nadopiekuńczy rodzic, spojrzał się na obiekt zainteresowań kapucynki i się przejął. “A ty co tu robisz dzieciaku? Nie powinnaś być z rodzicami?” ~ Shath
~ Shath
Cyrene cyjanowy
Inne światy, nowi Archonci, demony, które wcześniej były chłopcami, śmiertelne gry dla dzieci z morderczymi statuami, nowi potencjalni przyjaciele i walka o przeżycie… kto by pomyślał, że w ostatecznym rozrachunku to wszystko, co do tej pory przeżyła Cyrene, okaże się niczym w porównaniu do opieki nad małym latającym stworkiem. Viy prawdopodobnie spodziewała się tych nadchodzących kłopotów, ale sama heroska już niekoniecznie. Latający futrzak, który wrócił z nimi do domu z wdzięcznym imieniem Virdi okazał się być naprawdę… wymagającym towarzyszem. Zaczęło się tak niewinnie. Od bałaganu w domu i podrapanych meblach. Skończyło na dziwnych rzeczach znajdywanych w szafkach i łóżku. Takich jak martwe myszki, robaczki, jakieś nadgryzione listki… jakieś zardzewiałe spinki, kawałki metalu… niekiedy pierścionki czy pojedyncze kolczyki… czyjś klucz do mieszkania… Sierściuch był kleptomanem. Trzeba go na razie trzymać z daleka od miasta i bogatych ludzi, póki jakoś go nie ogarnie. Albo swoje następne mieszkanie będzie miała za kratami za kradzieże, których nawet nie popełniła. Tak pomyślała początkowo Cyrene, gdy za namową Viy zdecydowała się odwiedzić jedną z zatok na Atolii. Podróż na inną wyspę miała być zarazem odpoczynkiem dla heroski, jak i szansą na choć próbę opanowania energii latającego kociaka. Sama Viy w tym czasie zdecydowała się zrobić sobie coś w rodzaju drzemki, bo gdy tylko nogi heroski stanęły na plaży, przyjaciółka zamilkła, zostawiając Rene sam na sam z latającą zieloną kuleczką. Zupełnie tak, jakby naiwnie wierzyła, że ani zwierzaczek ani Cyrene nie wpakują się w jakieś kłopoty. Jednak jak się okazało, nawet na plaży kleptomania Virdiego nie dawała spokoju. Zwierzak co chwila wynajdował w piasku co nowsze muszelki, przynosząc je dumnie ubranej w strój kąpielowy i biały kardigan kobiecie, każąc jej chować znaleziska w kieszeniach lub do koszyka, który na zaś wypakowała prowiantem na cały dzień wycieczki. Innym razem próbował zakradać się do innych plażowiczów i tylko dzięki wystarczająco szybkiej interwencji swojej opiekunki rezygnował z napadów. — **Coś czuje, że zamiast na większe mieszkanie, będę musiała zbierać pieniądze na kaucje więzienną… bo wątpię, aby ktoś mi uwierzył, że opiekuje się kryminalistą** — mruknęła z przekąsem ciemnowłosa, gdy Virdi po raz kolejny wylądował na jej ramieniu, kładąc na wyciągniętej dłoni tym razem jakiś mokry, oblepiany piaskiem kamyczek. Niewinne oczęta spojrzały na nią, jakby próbowały jej przekazać: „Matka, nie narzekaj, to nam się przyda”. Zaraz po tym zielona kuleczka ponownie nie wzbiła się w powietrze. Latała w niewielkiej odległości od obserwującej go heroski, co jakiś czas zahaczając łapkami o wodę czy piasek… zanim uwagi małego kleptomana nie przykuł jeden konkretny widok. Piękne słuchawki lśniły w słońcu na czyjejś białej głowie. Wydawały się wręcz do niego wołać. Takie śliczne. Idealne do jego kolekcji! Może nawet mamie się spodobają i w końcu przestanie go strofować! Cyrene o sekundy za późno zorientowała się na co patrzy Virdi i co oznacza ten nagle wesoło kołyszący się ogon. Zanim zdążyła wystartować sprintem, zielona latająca kulka była już w połowie drogi do celu. Minęła wysokie niebieskie coś z małpą w rękach i z rozpędu wylądowała na białej głowie uszastej heroski. Uczepiając się słuchawek wszystkimi łapkami, zwierzak spróbował je ściągnąć z głowy właścicielki, wydając przy tym z siebie radosne piski. — **Nie! Virdi nie! Zostaw! Jasna cholera…** — Cyrene wydarła się przerażona, mknąc w tamtą stronę z mieszanką strachu i wstydu na twarzy. Tylko tego jej brakowało. Kradzieży w biały dzień, do tego przy świadkach! Ciekawe jak im się wytłumaczy, że wcale nie uczyła tego futrzaka sztuk rabunku. ~ Cyrene
~ Cyrene
Fenne czerwony
**— Te, laluś. Łapska przy sobie. —** wysyczała, kładąc dłoń na ramieniu właściciela małpy, a w jej pociemnionych oczach malowała się groźba. …Ale może od początku. To miał być pierwszy spokojny dzień od dawna w życiu Gniewki. Tylko ona, uroki Atolijskich plaż, chwalonych przez wielu… i dwa eteryczne wilki, które zostały z nią związane bez niczyjej zgody. Nie dziwiło jej, że inni również zdecydowali się na podobną formę wypoczynku, ale nie przejmowała się nimi. Siedziała na piasku, obserwując jak Azor prowadzi bezkresną wojnę z morskimi falami, a u jej boku Burek marudził coś o głupocie swojego brata. Dopiero okrzyki za jej plecami sprawiły, że odwróciła się w tamtą stronę. A to co zobaczyła… o zgrozo! Mała dziewczynka, którą zaczepiała nie tylko dwójka dorosłych, a do tego jeden z nich był m ę ż c z y z n ą. Do tego w przeciwieństwie do kobiety zdawał się nie mieć żadnego powodu, aby zaczepiać nieletnią, a słowa, które padły z jego ust mogły oznaczać jedno: pedofil. Wstała pospiesznie, nawet nie otrzepując się z piasku, idąc prosto w stronę zamieszania. Psy ruszyły wprost za nią, Azor biegiem, jakby sprawa toczyła się o życie Fènne, Burek z kolei wyglądał na bardziej poirytowanego, że ktoś mu przeszkadza w drzemce. Gdy tylko znalazła się na wyciągnięcie ręki od uszatego skurwiela… **— Te, laluś. Łapska przy sobie. —** zostały wysyczane właśnie te słowa, połączone z mało subtelnym położeniem dłoni na ramieniu i zabójczym wzrokiem. Azor zaczął warczeć, zanim jego boska furia wylała się na niebieskowłosego: Burek jedynie przewrócił na to wszystko oczami, wracając do drzemki za plecami brunetki. Ta zdawała się tym nie przejmować, bardziej zaangażowana w umoralnianie nieznajomego. **— Ładnie to tak, zaczepiać nieletnie dziewczynki? —** zmarszczyła brwi, popychając go z dala od białowłosej, po czym uderzyła pięścią o otwartą dłoń. Tak, jakby strój kąpielowy nie ujawniał wystarczająco dużo umięśnionego ciała nastolatki. **— Lepiej stąd spływaj, bo osobiście zadbam o to, żebyś zobaczył, co spotyka takich degeneratów jak ty.** W swoich własnych zapędach nawet nie zauważyła, że Azor zainteresował się latającym koto-podobnym stworzeniem, i właśnie szykował się do skoku na zieloną istotkę… ~ Fenne
~ Fenne
Alexa żółty
Piękny, pogodny i spokojny dzień. Taki z rodzaju tych, które złośliwie uświadamiają człowiekowi, że życie bywa jednak przyjemne… o ile się nie jest Alexą. Nie żeby sam Alexa jakoś szczególnie narzekał, broń niebiosa. On się przecież dostosowywał. Niczym rakietowy kaktus w bonbonasiowej doniczce. Tyle że jego definicja „dostosowania się” miała więcej wspólnego z bezmyślnym dryfowaniem niż planowaniem czegokolwiek. I owszem, dla większości normalnych osób sytuacja, w której przez kilka dni nie jadło się absolutnie niczego oprócz liści z krzaka i paru źdźbeł trawy, które wyglądały „podejrzanie soczyście”, byłaby dzwonkiem alarmowym. Ale nie dla Alexa. Bo Alexa, moi drodzy, miał dwie teorie: po pierwsze, jeśli jeszcze żyjesz, to znaczy, że nie było aż tak źle, a po drugie, przecież rośliny to też jedzenie, no nie? Nieważne, że większość z nich smakowała jak zawartość starej skrzynki narzędziowej, a część prawdopodobnie była toksyczna. Jakimś cudem przeżył. A skoro już o cudach mowa… jego geniusz życiowy osiągnął nowe wyżyny wtedy, gdy w akcie desperackiego poszukiwania transportu uznał, że najlepszym pomysłem będzie wejść na statek bez pytania kogokolwiek o zgodę. No przecież klasyk. Z początku nawet szło nieźle. Udało mu się przemknąć niezauważony, wcisnąć w jakiś kąt, a jego szczęście (ta bezczelna, skora mu dziwka) przez chwilę naprawdę z nim flirtowało. Tyle że flirt się szybko skończył, a chłopakom z załogi w końcu nie spodobał się fakt, że mają pasażera na gapę. I to takiego, który wyglądał, jakby w przerwie między spaniem w śmietniku a recytowaniem poezji postanowił odbyć rejs życia. Nie pomogły uśmiechy. Nie pomogło teatralne tłumaczenie o byciu zagubionym poetą morskim. Nawet rzucone „ej, ale nie widzicie, że to wszystko miało być metaforą podróży duszy?” nie spotkało się z aplauzem. W ciągu kilku minut Alexa był już za burtą. Oczywiście z uśmiechem, bo przecież jak się tonie, to z godnością. I tak, z idiotycznym bananem na twarzy i kieszeniami pełnymi niczego, wylądował w wodzie. Nie wiedząc, gdzie płynie. Nie wiedząc, czy w ogóle gdziekolwiek dopłynie, na cudem znalezionym fragmencie drzewa. Ale jakimś cudem fala wyrzuciła go na brzeg. A konkretnie: na plażę. Oczywiście nie byle jaką plażę, tylko taką, na której zbierali się… inni. Jacyś ludzie. Jakieś zamieszanie. Jakieś awantury. Jednym słowem – idealnie. Czyli miejsce, w którym Alexa czuł się jak ryba w wodzie. Albo raczej: jak człowiek wyciągnięty z wody, który próbuje nie paść twarzą w piasek. Nie mógłby być sobą, gdyby się nie odezwał. Choć faktem jest, że wyjątkowo mówił nieco ciszej niż zwykle, co w jego przypadku oznaczało tylko tyle, że nie słyszano go pięćdziesiąt metrów dalej, na ruchliwym rynku. — O… Eee… Witam? Piękny mamy dzionek prawda? Nie chce być problemem ale… Wie ktoś może gdzie w zasadzie się znalazłem? — Jego uśmiech był tak niewinnie bezczelny, jakby to wszystko było częścią jakiegoś większego planu. A może i było? Może życie Alexa było właśnie tym: niekończącym się planem ratunkowym o nazwie „wymyśl coś zanim ktoś zorientuje się, że nie wiesz, co robisz”. Żaden dramat nie był jednak kompletny bez dobitnego akcentu. I tak oto, gdy ledwo stał na nogach, jego żołądek postanowił przypomnieć światu i jemu samemu, że nie był traktowany najlepiej. Burknęło tak głośno, że ptaki z pobliskiego drzewa poderwały się do lotu. Alexa natomiast zrobił to, co zawsze robił w kryzysie: zareagował teatralnie… Próbując zamaskować swoje lekkie zawstydzenie. — Cichaj tam! — Walnął się w brzuch tak, jakby to jego ciało było winne całej sytuacji, a nie on sam. Zmarszczył brwi, przybrał minę obrażonego arystokraty, którego własne organy postanowiły zdradzić w najmniej odpowiednim momencie. — …sorka za to? — Głos miał zmęczony, ale wciąż nosił w sobie ten zadziorny błysk. Jakby mówił: „Tak, wiem, że wyglądam jak nieszczęście w ludzkiej skórze. Ale przynajmniej jestem zabawny”. Nikt mu nie odpowiedział od razu. Wszyscy byli zbyt zajęci… no cóż… swoimi własnymi, absurdalnymi problemami. A tych w tej okolicy nie brakowało. Gdzieś dalej jakaś dziewczyna krzyczała coś o kradzieży słuchawek przez latającego futrzaka. W innym miejscu jakiś niebieskowłosy typ był właśnie konfrontowany przez rozjuszoną dziewczynę z boskimi wilkami u boku, jakby właśnie przyłapano go na niecnych uczynkach. Nawet smok, tak, smok, próbował wejść do wody i wycofywał się jak przedszkolak przed kąpielą. Alexa spojrzał na to wszystko, nadal z ręką na brzuchu, i mruknął cicho pod nosem. No i pięknie, wakacje życia. Brakuje tylko klaunów. Chociaż… może to ja? Westchnął ciężko, ale nie przestał się uśmiechać. Bo czy nie na tym polegało życie? Dryfujesz po oceanie własnych złych decyzji, aż w końcu fala wyrzuca cię na brzeg absurdów. A wtedy pozostaje ci tylko wstać, poprawić koszulkę i udawać, że wszystko było częścią planu. — Wiecie co… To może ja się położę na chwilę? Zbierajcie się powoli, ja poczekam na wasz zachwyt. Albo pogotowie. Cokolwiek przyjdzie pierwsze. — Po czym padł z powrotem na piasek z dźwiękiem godnym worka kartofli, który wypadł komuś z wozu. I przez chwilę… po prostu leżał. Półżywy, półmartwy, w pełni teatralny. Można by pomyśleć, że powinien się martwić. Że to nie miejsce, by żartować. Że sytuacja jest poważna. Ale Alexa wiedział jedno: jeśli ma umrzeć, to przynajmniej zrobi to stylowo, na własnych warunkach, i najlepiej z jakąś kąśliwą ripostą na ustach. Choćby ostatnią. Nawet jeżeli jego ostatnim tchem miałoby być coś takiego jak: — Są tu jakieś liście z pokrzywy…? ~ Alexa
~ Alexa
Nasa różowy
Świat leciał powoli i ociężale, bez krzty bodźców dokuczających Nasie, bez komunikatów zajmujących jej głowę. Myśli Nasy chodziły wokół tematu skradzionej konsoli. Zamiast czerpać radość z chwili i miejsca, w jakim się znalazła, to czuła się wykluczona z najlepszej istniejącej rozgrywki. Gdyby tylko Marcus nie zdecydował się jej wyrwać przedmiotu, to mogłaby usiąść w ciepłym piasku, zasłonić się bluzą i wygrzewając się na słońcu grać. Naciskać przy zachowaniu idealnego tempa przyciski zupełnie jak wieloletni doświadczony gracz. Mogłaby karmić swoje zwierzątko, a potem położyć je spać do łóżka. Pomijając zabawę, bo niedawno bawiła się ze zwierzątkiem zamkniętym w Tamagotchi, a zbyt dużo zabawy mogłoby go zabić. Nasa spojrzała się przygaszonym wzrokiem pełnym smutku na smoka, który w obawie przed falami odskoczył od nich i nim zdążyła coś powiedzieć, to została zaatakowana przez wiele istot naraz. Wcześniej narzekała na zbyt małą ilość bodźców, teraz ich ilością poczuła się przytłoczona, co wywołało wielką niepewność. Nie podobały jej się krzyki docierające do jej uszu, z których sekundy później zdjęte zostały słuchawki. Mała urocza istotka je zabrała. Wyglądała niczym specjalne zwierzątko, za którym należało podążać... lub złapać i zabić, aby dostać dodatkowe punkty doświadczenia. Nastolatka nie była aż tak bezduszna, aby istotkę zabijać. Wyciągnęła obie dłonie, aby uchwycić zwierzątko. Jeżeli to nie było wystarczająco szybkie, to zostało przytulone do klatki piersiowej dziewczyny, która w trakcie łapania go usłyszała dość pretensjonalne pytanie. „Gdzie są twoi rodzice?" Tak brzmiało pytanie jej zadane. - Herosi nie mają rodziców… Powiedziała dziewczyna, patrząc się za ramie mężczyzny, któremu nagle zagroziła jakaś kobieta. Chwila…kobieta? Wcześniej widziała taką tylko raz, kiedy takowa próbowała zabić jej opiekuna. Była niezwykle agresywna. Nowa k o b i e t a, którą widziała za plecami mężczyzny, też była agresywna. Czyli w tym świecie, jak heroski dojrzewały, to były agresywne? Jeżeli tak, to czemu nie była zamknięta w jakiejś klatce i używana tylko do walk jak tamta zielonowłosa? Gdy tak sobie myślała nad sensem bycia tu, to w końcu zrozumiała po swojemu, co znaczyło „Virdy nie”. Brązowowłosa była wyprowadzana na spacer przez inną kobietę, pewnie uciekły obie z klatki i teraz panoszyły się po świecie. A idąc logiką Nasy, to właśnie znalazła się w niebezpieczeństwie, bo obok niej były aż dwie kobiety. Jako profesjonalny gracz podtrzymywała statystykę tych, którzy nie lubią być w obecności trawy i kobiet. Jeżeli za pierwszym razem udało jej się schwytać zielonego kota, to zaczęła wolną ręką głaskać go i wycofywać się w zupełnie odwrotną stronę niż ta, z której biegła czarnowłosa kobieta, do której zwierzątko o zielonej barwie należało. Czy przejęła się utratą słuchawek? Nie. Przecież Marcus kupi jej nowe, zresztą była pewna, że zielony kotek należał do Shatha, a nie Cyrene. A skoro tak było, to mężczyzna miał prawo zabrać jej, cokolwiek zechciał. Tak jak robił to Marcus. - Mad druk, yyy... ewakułka? Powiedziała, zaczynając się bać, bo druga kobieta była niebezpiecznie blisko. - Nie… Powiedziała wyraźnie wystraszona, dalej cofając się względem Cyrene, aż za nogami nie zobaczyła jakiegoś bezdomnego gadającego topielca. Zombi? Był niebezpieczny? Nasa przeskoczyła nad nim, będąc milimetry od nadepnięcia na niego. Nie odzywała się zbyt dużo, ale wzrok, jakim go obdarzyła, był mieszanką strachu i zdezorientowania. „On chyba nie przeżyje tego spotkania.” Pomyślała i w głowie życzyła mu powodzenia. Sama miała zamiar zwiać. I zwiałaby, gdyby widok Herosek nie paraliżował jej ciała sprawiając, że do biegu zdolna nie była. ~ Nasa
~ Nasa
Shath baby blue
“Heros? No proszę, nie spodziewałem się spotkać tu kogoś takiego tak szybko!” Entuzjazm był szczery, chociaż pewna nuta złośliwości nasunęła mu się na usta. ‘Ta, bo TY niby na herosa wyglądasz? Nie rozśmieszaj mnie.’ Cyniczne rozbawienie rozbrzmiało w umyśle herosa, zupełnie poprzedzając jakiekolwiek jego słowa. Innymi słowy, Ignistar osiągnął poziom, po którym uszatego zwyczajnie zatykało. Jeżeli mówi się, że życie jest za krótkie, by spędzić je w nudzie, to Shathowi chyba nie groziła zbyt długa egzystencja, patrząc na to, ile rzeczy zdarzyło się jednocześnie, gdy ten próbował kontynuować rozmowę, po krótkim zastanowieniu się nad kolejną kwestią. Jeżeli młodociana białowłosa nie miała opieki, trzeba było jej jakąś zapewnić, nawet jeśli była herosem, chociaż… ostatnia niska uszata spowodowała mu tyle problemów, że chyba wolał tego nie powtarzać… W pierwszej kolejności warto wspomnieć o zielonym pocisku, który przeleciał mu koło głowy. Mały futrzak o kleptomańskich zapędach nie szczędził czasu. Można było powiedzieć, że w tym się mógł zgodzić z Fineaszem, który ostatnimi razy podwędził jakiś dziwny owoc rudemu bogu. Doprawdy dziwny jest ten świat… Ale hej! Na szczęście pojawiła się jeszcze właścicielka skrzydlatej istoty i to zdecydowanie bardziej niespodziewana, niż by się to mogło wydawać. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta, był to znajomy głos! ”...” Ach, gdyby tylko mógł coś powiedzieć, może i by się nawet przywitał, ale kolejny element tej chaotycznej układanki dotarł prędzej, niż był w stanie spostrzec, a jeszcze szybciej doszedł do bardzo, ale to niesamowicie krzywdzących wniosków. Kiedy tylko usłyszał ‘łapska przy sobie’, odwrócił się jak głupi z wyciągniętą na prostych rękach małpą, by chwilę później wyrazić słowa oburzenia. “A to panienki nikt nie uczył, żeby nie oskarżać bez dowodu? Nie będzie mnie roznegliżowana białogłowa moralizować.” Nadmierna pewność siebie bez poznania przeciwnika była ewidentnie słabą taktyką, a jednocześnie jedną z cech charakterystycznych niebieskowłosego, jak się później miało okazać nie jedynego na tej plaży. Z pominięciem znajomej mu już Cyrene, której kolor włosów podlegał dyskusji, niedługo później dopłynął kolejny członek zespołu wyraźnie lepiej z nim rezonujący podejściem… Chociaż nie do końca. Jak Shath wszystko obracał w żart, czasem potrafił być w tej słownej przepychance agresorem, co nie wydawało się przypominać podejścia nowego wesołka. Marduk W tym samym czasie warto się zorientować co do tego, co właściwie robił jeszcze jeden aktor tej piaszczystej sceny. W momencie, gdy to wszystko się rozgrywało, Marduk myślał nad tym, jak podbić kolejny wymiar, tym razem królestwo Posejdona. Niczym żołnierze napierający swoim orężem na fale, on reagował agresywnie, uderzając łapą w dopływającą do niego linię brzegu. Jego wyraz twarzy sugerował, że gdyby nie był istotą o inteligencji większej niż statystyczny niemowlak i… gdyby był psem, najpewniej by naszczekał na wodę. Na szczęście sam uznał, że to by było niegodne jego wizerunku, acz zachowywał się niemal jak kot. “Milcz kocia samico, zdobywca wymiarów nigdy nie dokonuje odwrotu!” Dzieciak nie zamierzał być niemiły, po prostu miał, jakby to Nasa mogła określić, ‘delulu’, o którym wszyscy z nim związani już się dawno przekonali. W potwierdzeniu na swe słowa, rozgoryczony nawracającym w jego stronę morzem, w końcu nie wytrzymał i zdecydował, że skoro pazury nie działają, trzeba będzie wytoczyć cięższe działa. “Znajcie swe miejsce, odmęty oceanu! Enuma Elish!” Zamiast spektakularnych eksplozji, ziania ogniem czy innych, niesamowitych efektów, które mogłyby nastąpić po tak zacnym ‘zaklęciu’, głowa smoka ruszyła w kierunku miniaturowej fali w celu rozszarpania jej swoimi ostrymi jak nożyczki dla przedszkolaków ząbkami. Niestety, poza wstydem, najadł się także piasku, którym zaczął pluć. Fineasz W tym czasie o swojej obecności zdążył już powiadomić zapowiadany wcześniej jegomość. Jego burczenie w brzuchu nie należało do najprzyjemniejszych dźwięków, zwłaszcza, jak się miało nadwrażliwe na dźwięki uszy. No ale w tej chwili Shath był zbyt zajęty kłótnią, a dokładniej obroną swojej godności, co innego można było powiedzieć o Fineaszu. Małpiątko prędko uwolniło się z chwytu herosa, co nie było szczególnie ciężkie, by chwilę później wyciągnąć z jego kieszeni… jabłko. Mały złodziejaszek od czasu do czasu okradał nawet własnego właściciela, co trzeba było kiedyś potępić, ale w tym przypadku… Nie był to gest egoizmu, a wręcz przeciwnie. Kapucynka, niemal na wzór swojego pana jeszcze sprzed pamiętnej gry, podała czerwony, kulisty owoc pokusy rozbitkowi. ~ Shath
~ Shath
Cyrene cyjanowy
To co się właśnie zaczynało dziać na plaży równie dobrze można byłoby porównać do komedii wielowątkowej. Z jednej strony uszasty niebieskowłosy chłopak oskarżany o bycie plikiem pdf przez kobietę o brązowych włosach z wilkami u boku. Z drugiej rozbitek, który położył się przy nich wszystkich, jakby nie mógł się zdecydować czy czekać na ratunek od nich czy może od razu przejść do umierania. Z trzeciej mała heroska, która pochwyciła niedoszłego złodzieja słuchawek w swoje ramiona, przytulając go jak pluszaka. Pochwycony Virdi w pierwszym odruchu puścił swój ukochany już łup na piasek, nieruchomiejąc w ramionach białowłosej nastolatki. Małe niewinne oczka mrugały szybko, zanim z jego pyszczka nie rozległ się wrzask porównywany do kota obdzieranego ze skóry. I całe szczęście dla Avarii, że zielona kuleczka nie umiała mówić, inaczej na całą wyspę dałoby się usłyszeć coś w rodzaju „Mamoooo, pomocy! Porywają mnie!”. Tak to był tylko pisk. Albo aż pisk. Cyrene zazgrzytała zębami, słysząc znajomy już zwierzęcy wrzask. Pierwsza i najważniejsza zasada życia z tym czymś pod jednym dachem? Jak sam nie daje sobie z czymś rady, to wrzeszczy by go ratowano. A co najgorsze, szczeniak nauczył się już, że piskami łatwiej niekiedy przyciągnie uwagę swojej opiekunki, gdy zwykłe zaczepki nie działają. Docierając na miejsce, Rene wzdrygnęła się momentalnie, gdy zobaczyła jak nastolatka z zielonym stworzonkiem w ramionach zaczyna się wycofywać. Wyrazie przestraszona. Zwalniając w pół kroku, kobieta zdusiła w sobie przekleństwo. Dopiero z bliska zdała sobie sprawę, że to było dziecko, a nie dorosła kobieta. Mała miała prawo się wystraszyć. Tu pojawiał się jednak jeszcze jeden problem. Cyrene z dziećmi do czynienia zazwyczaj nie miała. Nie była pewna jak je traktować i jak się przy nich zachowywać. Ostatni raz w sumie z jakimiś miała styczność, gdy pojawiła się na zniszczonym już Sylvaris. Tamte dzieci jednak nie były wystraszone na jej widok. Ta była… No i co teraz? Tu nastolatka się boi, zielony złodziejaszek piszczy i się wierci, w tle znajoma niebieska czupryna kłóci się z kobietą, która ma nad nim przewagę w postaci dwóch wilków na niego i małpę, która po zaobserwowanym zachowaniu chyba dokonuje zdrady i go zostawia na rzecz rozbita… No i właśnie, rozbitek. Spoglądając na leżącego na piasku chłopaka, Cyrene uniosła brew. Słowa o pokrzywach brzmiały… dziwnie. Trochę niepokojąco w porównaniu do tego, że burczało mu w brzuchu… Ale tym w razie czego zajmą się później. To samo tyczyło się w jej głowie znajomej niebieskiej czupryny, który konfrontował się z tamtą kobietą. Fernando powinien sobie poradzić. Był herosem. Cyrene miała w tym momencie inne priorytety. Przechodząc nad rozbitkiem, Rene najpierw postawiła przy jego głowie koszyk ze swoim prowiantem. — Częstuj się, tylko nie zjedz wszystkiego. — Oznajmiła krótko, po czym powoli ruszyła w kierunku białowłosej nastolatki. Virdi widząc „mamę” momentalnie zaczął się trząść, a w chwili, gdy otworzył pyszczek, Cyrene już przeczuwała co nadchodzi. Albo kolejna salwa pisków, albo co gorsza sztuczka z tymi małymi kiełkami w które był wyposażony. Kucając więc przed przestraszoną nastolatką, heroska uśmiechnęła się przepraszająco. — Hej, wybacz, jeśli cię przestraszyłam, nie chciałam… ale mogłabyś go puścić? Nie chce, żeby cie ugryzł, a coś czuje, że jest w stanie to zrobić lada moment. Mnie wczoraj już pokazał, co znaczy ignorować jego zachcianki i nie chciałabym, aby to samo było z tobą — zaczęła delikatnie, podnosząc z piasku jej słuchawki, aby następnie otrzepać je z piachu i zwrócić własność dziewczynce. — Przepraszam też za jego mały napad na ciebie. Virdi ma wielką słabość do błyskotek, a ja nie umiem jeszcze w tresurę i oduczenie go kradnięcia. Trzymaj, to twoje. Mam nadzieję, że całe. ~ Cyrene
~ Cyrene
Fenne czerwony
Podczas, gdy dookoła rozgrywał się istny chaos, nastolatka całą swoją uwagę poświęcała niebieskowłosemu. Jej usta wygięły się w grymas, kiedy ten odwrócił się, a następnie mało umiejętnie bronił. Westchnęła ciężko. Temu osobnikowi zdecydowanie styki nie działały najlepiej. — Pierdolenie. Doskonale słyszałam, jak ją zaczepiasz. Nie pojawiłam się tu wczoraj, widziałam takich jak ty. — wysyczała przez zęby, do akompaniamentu powarkiwań idącego obok niej Azora. Strzeliła kostkami w palcach, zanim kontynuowała. — Po co dorosły mężczyzna, taki jak ty, miałby interesować się nieletnią? Nie wyglądasz na kogoś, kto miałby po prostu zamiar zaprowadzić ją do rodziców. Zresztą, herosi nie mają rodziców. Sama ci to powiedziała. Spojrzenie nastolatki dalej ciążyło na oskarżanym, jakby było w stanie go spenetrować, przeszyć na wylot i wyjawić prawdę o jego motywach. Najwidoczniej jednak oskarżycielka nie zamierzała od razu karać uszatego herosa, łaskawie pozwalając mu oczyścić się z zarzutów. Odchrząknęła, gestem uciszając ezoterycznego wilka u swojego boku. Planowała spędzić tu spokojnie czas, a nie wdawać się w bójki. Choć przemocowe rozwiązanie byłoby szybsze, dała szansę dialogowi, o którym tyle psioczył jej Burek. — No dobra. Załóżmy, że nie. Ale skoro nie, to co od niej chciałeś? — skrzyżowała ramiona na wysokości piersi, nieustannie wbijając w niebieskowłosego podejrzliwy wzrok. Podświadomie miała nadzieję, że ten ma jakieś alibi, gdyż wyjątkowo tego dnia nie miała ochoty brudzić sobie rąk. Nie przy dziecku. W międzyczasie Burek, który niezbyt interesował się kłótnią, w którą zaangażowała się dziewczyna, po prostu… wrócił do drzemki, kompletnie ignorując pojawienie się topielca i resztę harmideru dookoła niego. ~ Fenne
~ Fenne
Alexa żółty
Leżący martwym plackiem na piasku Heros wyglądał tak, jakby absolutnie przestał przejmować się światem. Niby wokół wrzaski, oskarżenia, warczenie wilków i jakieś dziwne dramaty z zielonym, latającym kleptomanem, a on? On był szczęśliwie oderwany od rzeczywistości niczym martwy dorsz po sezonie połowów. Kiedy jednak jedna z osób, wyraźnie w panice, postanowiła przeskoczyć nad nim, Alexa, z sobie tylko właściwą gracją i bezczelnością, uniósł głowę na trzy sekundy, wymamrotał coś, co brzmiało niepokojąco podobnie do komentarza z konkursu gimnastycznego. Brawo, akrobatyka dziesięć na dziesięć! I nim ktokolwiek zdążył zareagować, jego głowa z powrotem uderzyła w piasek. Nie było w tym ani krzty powagi. Raczej teatralny finał, jakby właśnie zaliczył scenę śmierci w niskobudżetowym teatrze objazdowym. I pewnie leżałby tak dalej, gdyby nie interwencja małpy. Kapucynka, najwyraźniej znudzona albo wyjątkowo hojna, zabawiła się w Robin Hooda i postanowiła zorganizować jedzenie dla biedaka. Kradzież owocu z kieszeni innego niebieskowłosego to dla niej żaden problem. W kilka sekund jabłko zmieniło właściciela, by chwilę później wylądować w dłoniach Alexy. Heros spojrzał na czerwony, błyszczący owoc, potem na małpę, a potem z powrotem na jabłko. Mógłby je od razu pochłonąć, przecież jego żołądek od kilku dni błagał o cokolwiek, co nie przypominało liści albo trawy. Ale nie. Wbrew wszelkim prawom logiki i samopoczucia, zamiast wbić zęby w owoc, poklepał kapucynkę po głowie z czymś, co wyglądało niemal jak wdzięczność. — Dzięki za chęci, ale to chyba nie do końca było twoje. — Uśmiechnął się lekko, ciepło nawet, co w jego wydaniu brzmiało jakby nagle udawał porządnego obywatela świata. I tylko Bóg raczy wiedzieć, skąd mu się wzięła ta nagła moralność. Zdecydowanie bardziej niż jabłko zainteresował go teraz centrum hałasu. To rzadkość, żeby Alexa nie był w epicentrum kłótni. Jakby los zrobił wyjątek i pozwolił mu być tylko widzem w teatrze chaosu. Ale zanim zdążył znowu skomentować wydarzenia, jego uwagę skradł inny gest. Do niego, o ironio, podeszła ciemnowłosa kobieta z koszem jedzenia. Kosz. Pełen. Jedzenia. Nawet sam opis wystarczyłby, żeby Alexa poczuł się jak w religijnej wizji. A kiedy padły słowa o częstowaniu się, jego reakcja była… cóż, jakby to ująć. Gdyby miał ogon, merdałby nim na wszystkie strony. — Naprawdę… Mogę? — Głos miał zaskakująco cichy, prawie nie do poznania. Zero kpin, zero udawania. Sama twarz zdradzała wszystko, oczy wielkie jak spodki, mina niczym u szczeniaka, któremu ktoś właśnie obiecał nową zabawkę. Ten człowiek mógł w jednej chwili być wulkanem energii, krzykiem i kpiną, a w następnej,m zbitym psem, który tylko czeka na odrobinę uwagi i akceptacji. Było w tym coś rozczulającego, choć bardziej absurdalnego niż wzruszającego. Kiedy kobieta odeszła dalej, Alexa nie zamierzał tracić okazji. Sięgnął do kosza i wyjął kanapkę. Nie próbował się zastanawiać, czy powinien, czy nie. Po prostu… pochłonął ją. Dosłownie. Nie zjadł, to był akt wchłonięcia. Kęs, kęs, koniec. Żołądek, chociaż przez chwilę, przestał prowadzić własną operę dramatyczną. Heros odetchnął ciężko, oblizał usta i spojrzał znowu na całe zamieszanie. A potem coś mu zaświtało. Ten błysk, kiedy człowiek patrzy i nagle myśli: „hej, mogę coś z tym zrobić”. Nie, nie plan, broń Boże. To był impuls. Zdecydował, że musi wkroczyć. Jeśli nie teraz, to kiedy? Może zaraz sam zostałby celem, a tak lepiej odwrócić uwagę od konfliktu. Usiadł po turecku, odchrząknął i… wtedy stało się coś, co trudno byłoby uznać za zwykłe widowisko. Nad nim pojawiły się jego kopie, kontury, różnokolorowe, każda z instrumentem w dłoni. Spektakl magii. Koncert w pełnej krasie. Alexa wiedział, że jeśli ma wejść w rolę, to całym sobą. Koncert Rozpoczęty!Now I've heard there was a secret chord That David played and it pleased the Lord But you don't really care for music, do ya? It goes like this, the fourth, the fifth The minor fall, the major lift The baffled king composing "Hallelujah" Głos nie był doskonały. Ba, trudno było go nazwać dobrym. Ale miał rytm. Miał w sobie coś surowego, szczerego. Kopie grały, a on śpiewał. Tekst wypełniał mu głowę jakby ktoś właśnie podsuwał mu słowa. Dźwięki nie były czyste, ale szczerość, która w nich brzmiała, była niepodważalna. Baby, I've been here before I know this room, I've walked this floor I used to live alone before I knew ya And I've seen your flag on the marble arch Love is not a victory march It's a cold and it's a broken Hallelujah Plaża, na której jeszcze przed chwilą wrzały oskarżenia, nagle ucichła choć na moment. Alexa, śmieciowy bard, klaun własnej historii, stał się przez chwilę kimś innym. Nie chodziło o technikę. Chodziło o to, że śpiewał szczerze, z głosem pełnym tej powagi, którą rzadko pokazywał. I to było w tym wszystkim najdziwniejsze. Bo oto człowiek, który jeszcze przed chwilą kpił z własnego głodu, który padł plackiem na piasek i udawał martwego, nagle siedział i śpiewał jakby grał ostatnią kartę w talii swojego życia. Jakby mówił: „hej, ja też potrafię być poważny. I potrafię sprawić, żebyście przestali patrzeć na siebie z nienawiścią… I skupili ją na mnie!”
~ Alexa